<title_newspaper="Przyjaciółka">
<title_article="Właściciel domu szykanuje">
<author_1="">
<language="pl">
<style="press">
<year="1951">
<month="12">
<date="1951-12-16/22">
<period="w">
<status="1_obieg">
<support="paper">
Mam 27 lat, bardzo dobrego męża i dwoje 2-letnich dzieci (bliźnięta). Mego szczęścia nic nie zakłócałoby, gdyby nie gospodarz domu, w którym mieszkam. Dzieci moje muszą stale przebywać w domu, ponieważ z małego podwórka gospodarz zrobił ogród, posadził kwiaty, rabarbar itd. Natomiast we właściwym ogrodzie zasiał trawę — mówiąc, że podwórze nie jest dla moich dzieci. Zapytuję cię, Kochana „Przyjaciółko" czy dzieci moje mają bawić się na ulicy, czy też mają być pozbawione powietrza i słońca, ponieważ nie zawsze mogę z nimi wyjść na przechadzkę. Gospodarz codziennie wydaje jakieś polecenia, a mianowicie: 1) że woda do wylewania ma być czysta, bo "on nie ma miejsca na wylew" (słowa gospodarza) wskutek czego jestem zmuszona wylewać na ulicę i wszystkie wyziewy unoszą się tuż pod moim oknem; 2) śmiecie trzeba wynosić poza teren podwórka. Mimo orzeczenia Komisji Sanitarnej w dniu 7 sierpnia, że gospodarz musi zrobić kryty zlew, dotychczas tego nie wykonał i wylewamy w dalszym ciągu na ulicę. A po rozprawie mieszkaniowej tak się wyraził: „Czekajcie, ja was nauczę, zobaczycie, co dzień będzie gorzej". Boję się wejść do domu, bo nie wiem co nowego będzie. Jestem stale zdenerwowana, co bardzo ujemnie wpływa na dzieci, które przecież wymagają troskliwej opieki. Gospodarz zagroził, że wyłączy światło (licznik mamy wspólny). Nie wiem co robić? W każdym bądź razie w takich warunkach żyć nie można. Lidia Jawczak Nowy Sącz, Okrzei 13. Są tacy właściciele domów, którzy nie mogąc przedwojennym zwyczajem wyrzucić lokatora na bruk, chcą go zmusić do opuszczenia mieszkania w "delikatniejszy" sposób. Jak to robią? Ot choćby tak, jak opisuje to w swoim liście Czytelniczka z Nowego Sącza.
</support>
</status>
</period>
</date>
</month>
</year>
</style>
</language>
</author_1>
</title_article>
</title_newspaper>
 
